Na Górnym Śląsku takie historie coraz częściej zaczynają wychodzić na powierzchnię. Lata zaniedbań i rabunkowa gospodarka wydobyciem nie tylko w okresie PRL, kiedy to śląski przemysł niósł na plecach gospodarkę energetyczną państwa, pozostawiły po sobie zagrażające zdrowiu głębokie ślady. Miasta się zapadają, a miejskie place... płoną.

Chorzowski wodny plac zabaw przy ulicy Floriańskiej miał być nowoczesną oazą letniego relaksu dla całych rodzin, jednak od lat wzbudza olbrzymi niepokój z powodu bezpośredniego sąsiedztwa rozgrzanej hałdy przemysłowej.
Podziemny proces samozagrzewania odpadów powęglowych, który tli się w tym miejscu nieprzerwanie od lat 70. XX wieku, zaczął niebezpiecznie przesuwać się w stronę strefy rekreacyjnej. Wielu mieszkańców pyta, dlaczego zwlekano przez całą dekadę z nowymi ekspertyzami toksycznego zagrożenia.
Płonące sąsiedztwo i lata urzędowego milczenia
Decyzja o wybudowaniu nowoczesnego placu zabaw oraz wybiegu dla psów w bezpośrednim sąsiedztwie historycznego zwałowiska przemysłowego od początku budziła kontrowersje wśród części lokalnej społeczności. Mieszkańcy Chorzowa podkreślają w mediach społecznościowych, że lokalizacja strefy dziecięcej rekreacji tuż przy terenie oficjalnie uznanym za zapożarowany była ogromnym błędem poprzednich władz. Ostatnie kompleksowe analizy chemiczne i geologiczne tego rejonu przeprowadzono bowiem około dziesięć lat temu.
Przez całą minioną dekadę urzędnicy dysponowali wyłącznie przestarzałymi danymi, ignorując narastający niepokój rodziców o zdrowie ich bawiących się pociech. W tym samym czasie podziemne ogniska pożaru powoli, lecz sukcesywnie przemieszczały się pod powierzchnią ziemi. Proces ten zmierza bezpośrednio w kierunku obleganego przez najmłodszych wodnego placu zabaw.
Toksyczny oddech przeszłości paraliżuje Floriańską
Mieszkańcy okolic ulic Floriańskiej, Filarowej i Kopalnianej od dłuższego czasu skarżą się na potworny, chemiczny odór. Najgorzej jest wczesnym rankiem oraz wieczorami, gdy duszący dym zmusza ludzi do szczelnego zamykania okien w mieszkaniach. Niektórzy chorzowianie wprost informują o wyczuwalnym w powietrzu zapachu gazu, który niesiony wiatrem dociera nawet do ulicy Lompy.
Magistrat próbuje tonować nastroje, wydając komunikaty o braku gwałtownego nasilenia destrukcyjnego zjawiska samozagrzewania. Trudno jednak zachować spokój, gdy na samej hałdzie gołym okiem widać obszary całkowicie pozbawione żywej roślinności. Obumierające drzewa i spalona od wewnątrz ziemia stanowią namacalny dowód na to, jak wysoka temperatura panuje pod stopami przechodniów.
Kamery termowizyjne i strach przed dopływem tlenu
Nowy prezydent Chorzowa, Szymon Michałek, podjął w końcu decyzję o podpisaniu umowy z Głównym Instytutem Górnictwa w Katowicach na przeprowadzenie pilnych badań. Naukowcy mają za zadanie wykonać głębokie odwierty techniczne, pobrać próbki gazów do laboratorium oraz wdrożyć nowoczesny system zdalnego monitoringu termicznego o nazwie HERESS. Specjaliści wykorzystają również precyzyjne kamery termowizyjne do ciągłej analizy kondycji zwałowiska.

Wśród okolicznych mieszkańców radość miesza się jednak z uzasadnionym lękiem o skutki uboczne planowanych prac geologicznych. Doświadczeni obserwatorzy śląskiego przemysłu zauważają, że mechaniczne odwierty mogą doprowadzić dodatkowe porcje tlenu do wnętrza płonącej struktury. To z kolei grozi gwałtownym podsyceniem podziemnego ognia i zintensyfikowaniem uciążliwych wyziewów.
Prawdziwym testem dla deklaracji miasta nie będą więc same pomiary, ale realne i kosztowne działania gaśnicze, na które Chorzów musi pilnie znaleźć fundusze.






